Smoki, księżniczki i polowanie na kuriera.

Smoki ponoć lubią księżniczki.
Coś w tym chyba jest, bo księżniczek mam całą witrynkę.
Ależ spokojnie, bez paniki proszę – oznacza to po prostu, że zbieram lalki.

Witrynka pęka w szwach...

 

Jako osoba dorosła, poważna (haha) i w ogóle (nadal haha), oddaję się pasji kolekcjonerskiej kierując się wyrafinowanym gustem i niezwykle surowymi kryteriami.

Wyrafinowanym gustem kierując się.

 

Tłumacząc na ludzki, zbieram co mi z Mattela w łapy wpadnie i ma, moim własnym i prywatnym zdaniem, ładne oczy.
Nie musi być nowe, w razie potrzeby odratuję, bo serce mam dobre, miękkie i litościwe.
Zależy dla kogo/czego, ale ogólnie mam.
No serio.
Słowo.

Dobre serduszko. No przecie mam.

 

W temacie kolekcji pozostając, zdarza mi się czasami upolować coś zdalnie, co siłą rzeczy powoduje konieczność skorzystania z pomocy poczty albo inszych kurierów.
Czasami z przeszkodami…

Czekałam raz na paczkę.
W paczce okaz do kolekcji, księżniczka urody wielkiej, śliczna straszliwie, całkiem jak nowa.
Śledzenie przesyłki podpowiedziało mi, że paczucha została wydana do dostarczenia – super, akurat siedziałam w domu, przyrośnięta do tabletu, to pomyślałam radośnie, że odbierę osobistycznie, jak mawia jedna moja ulubiona znajoma.

Siedzę więc tak sobie, tabletem bazgrolę i oczekuję na kuriera w towarzystwie księżniczki.
Paszcza mi się cieszy, humor zwyżkuje, bo od lat na taką polowałam. Księżniczkę konkretniej, nie paczkę.

Cieszę się straszliwie bardzo.

Siedzę.
Siedzę.
Siedzę twardo cały dzień. Ja i 5 innych domowników przyokazyjnie, bo też akurat przebywali w okolicy.
Kuriera nima.
Droga przez las, jedna jedyna i do tego prosta – nie ma innej, musi gad tędy przyjechać żeby mi paczkę przywieźć.
Nie mógł ominąć, nie mógł pojechać inną drogą.
Paczki nima.
Telefonu, smsa, awizo, dzwonka do drzwi, stukania w okno, trąbienia pod płotem, machania kończyną, czegokolwiek.
Nima.
Nima coraz bardziej.

I nie było.
Wieczorem sprawdziłam status paczki – adresat nieobecny, paczka niedoręczona… Normalnie, kurier ninja.

Ninja kurier, oj.

 

Był, a nikt nie widział, nie słyszał i paczki nadal NIMA.

Taki zdolny.
Wyjaśnienie było jedno, proste niezmiernie i nie pierwszy raz jedna czy druga firma taki numer wywinęła  – delikwentowi po prostu NIE CHCIAŁO się jechać w las, bo to daleko od cywilizacji, wilcy wyją i ludożercy grasują. Oraz smoki.

Łapać kuriera!

 

Zezłość mię wzięła.
Zadzwoniłam więc na infolinię, stresując miłą panią głosem od którego kręgosłup zamarza i szczerze i od serca wyznałam, co sądzę o takich standardach obsługi klienta.
Po obietnicy sprawdzenia i ponownego doręczenia (hurra!) po niedzieli (buuu…), moje gorące uczucia względem doręczyciela nieco osłabły, uznałam, że może nawet zachowa żywot, jeśli go kiedyś przypadkiem jakimś dorwę ;).

Złapać kuriera!

 

Po niedzieli, nauczona doświadczeniem, wyszukałam odpowiedni numer i z samego rana jeszcze zadzwoniłam do kuriera, dopytując się kiedy będzie w pobliżu i przy okazji tłumacząc jak tu z cywilizacji dojechać – wydało się przy tym, jak często w okolicy bywają, no nie? 😛
Szczęśliwie tym razem trafił się pan podchodzący do swoich obowiązków zdecydowanie bardziej serio i pomimo awarii samochodu i lekkiego opóźnienia, paczka dotarła.
WRESZCIE.

Hurra.
Zawartość, pomimo przygód i opóźnień, zniosła podróż całkiem nieźle.
Witrynka nadal pęka w szwach ;).

 

DragonLady 2016