Uprowadzenie murchla, czyli jak smokom grzybka zajumali.

Razu pewnego, latem ciepłym jeszcze (będzie gdzieś ze dwa lata temu), powędrowaliśmy z moim prywatnym smoczym szczęściem na spacer nad jezioro.
Nad jeziorem skarpa stroma, pięknie nasłoneczniona, zdarza się dość często i w odpowiednim sezonie, że rosną tam sobie grzybki rozmaite.
I tym razem też coś rosło.
Kania wielce urodziwa, rozmiaru małej parasolki.

Rzuciliśmy się radośnie zdobycz pochwycić, a tu figa. Z dodatkami nawet.
Kania, choć urodziwa bardzo, faszerowana mięsem była niestety obficie – robaczywa tak straszliwie, że więcej w niej już było robali niż grzyba w grzybie zostało.
Postanowiliśmy jednakże, że nawet robaczywca ze sobą zabierzemy, raz, żeby pokazać rodzince jaki potwór wyrósł pod krzakiem, dwa, żeby w celach strategicznych położyć na trawniku – a może akurat się wysieje i coś w tych rozmiarach też nam kiedyś na podwórku wyrośnie?
Oczywiście w ramach owej strategii chodziło o grzyby, nie o robale, wysiewania się i wyrastania na trawniku tych ostatnich wolelibyśmy jednak uniknąć. A tak jakoś.
Ruszyliśmy zatem dalej, ja dzielnie parasolkę w dłoni dzierżyłam, nie zwracając uwagi na drobny deszczyk robaczków, które postanowiły ewakuować się z dotychczasowego miejsca zamieszkania i niczym desant miniaturowych spadochroniarzy lądowały na trawie, znacząc trasę naszej wędrówki.
Jaś i Małgosia na żywo, tylko zamiast okruszków, robale :P.

Kawałek dalej nad jeziorem siedziało sobie wesołe towarzystwo, złożone z grupki dorosłych turystów płci rozmaitej i paru dzieciaków, płci podobnej. Dorosła część towarzystwa, nieco już zamarynowana procentami, w podziwie wielkim i z nutką zazdrości śledziła wzrokiem przenoszony okaz grzyba – grzyb był z wyglądu cudny, z rozmiaru zdecydowanie robiący wrażenie, a z daleka wysiewu robali nie było przecie widać.
Jeden z panów, dość mocno już leśnym relaksem zmęczonych, z wysiłkiem wielkim plączący się ozór pokonał i nawet rzucił komplementem, chwaląc urodziwe grzybowe znalezisko.
– Aale ma paani pięknego murchla!
Jako smoki kulturalne i dobrze (ponoć) wychowane, podziękowaliśmy za pochwałę grzecznie i poleźliśmy dalej, doceniając nowe, cudne słowo – po odejściu na bezpieczną (z przyczyn dyplomatycznych i z dobrym wychowaniem związanych, oszywiście) odległość uśmialiśmy się potężnie, szczerze zachwycając się niezwykłą urodą egzotycznego wyrazu.
Murchiel. Normalnie, poezja i muzyka dla uszu. Murchiel. MURCHIEL. No cudo, no.

Nie odeszliśmy jakoś szczególnie daleko, gdy wytelepana chodzeniem po leśnej ścieżce kania zaczęła odmawiać współpracy. Stanowczo. Jakby deczko oklapła, deszczyk robali też nieco się wzmógł.
Stwierdziliśmy jednogłośnie, że jak tak dalej pójdzie, nie doniesiemy jej do domu, rozleci się w drobiazgi i zniknie po prostu. Położyliśmy więc ją pod pobliskim drzewem, zamierzając zgarnąć (w celach strategicznych, przypominam) wracając ze spaceru. Zostawiwszy, skręciliśmy na chwilę nad jezioro, obejrzeć jedną z pobliskich plażyczek. Całkiem ładną zresztą.

Małą chwilę później, wracając na ścieżkę, trafiliśmy na zjawisko wielce interesujące i nieco niespodziewane. Przed nami dwie dziewczynki ze spotkanej wcześniej turystycznej grupy koneserów przyrody wędrowały po ścieżce, bardzo usilnie starając się schować za siebie i elementy własnej, niezbyt obfitej (bo lato) garderoby naszego cudnego grzybka.
Grzybek, a raczej to co z niego do tej chwili zostało, wystawał zza pleców jednej z nich, rozpaczliwie przyjmując coraz dziwniejsze kształty. Dziewczynki, zachowując kamienne twarze, przetruchtały ścieżką obok nas, nieświadome ani tego, że będąc wyższymi od nich doskonale widzimy ukrytego grzybka, ani tego, że grzybek nadal obficie dzieli się ze światem swą robaczywą zawartością. Okiem nie mrugnęliśmy, miny zachowując równie niewzruszone jak małe spryciary, które ominęły nas taktycznie i szybciutko pogalopowały dalej, znikając za zakrętem. Z tupotem oraz ze swoją nietypową zdobyczą.
Spojrzeliśmy na siebie.
– No, to nam murchla zajumali… – stwierdziło prywatne szczęście.
Po czym oboje dostaliśmy ciężkiej głupawki, a wizja zmurszałego (nomen omen) grzybka, triumfalnie unoszonego do góry przez turystów i nagle osypującego się na nich wielką chmurą robaczków, prześladowała nasze wyobraźnie do końca dnia ;).

Smacznego, drodzy turyści. Smacznego.

DL 2016